poniedziałek, 2 września 2019

Od zera do... - pierwsze indywidualne zajęcia z matematyki

Jakiś czas temu zapytałam, czy są wśród czytelników osoby, które chciałyby poczytać o tym jak przetrwać "początki" indywidualnych zajęć z matematyki - czy to korepetycji czy zajęć dydaktyczno - wyrównawczych. Gdy zaczęłam się głębiej nad tym zastanawiać, okazało się, że jeden post to za mało. Będzie ich kilka.  Dziś pierwszy - bardzo ogólny - o tym jak przetrwać pierwsze spotkanie podopiecznego z matematyką w wydaniu indywidualnym. Kolejne będą dotyczyć konkretnych propozycji zabaw i ćwiczeń oraz pewnego zasobu moich własnych zasad pracy "1 na 1". 
Do rzeczy. 

Tylko spokojnie...
Pierwsze zajęcia, szczególnie jeśli są to korepetycje, wcale nie muszą odbyć się we wrześniu. Stanąć przed naszym uczniem możemy już w lipcu czy sierpniu, a może być i tak, że wezwani zostaniemy w listopadzie czy styczniu. Od tego zależy często to, co zastaniemy na miejscu. Zasada jest jedna - im bliżej końca semestru "zaczynamy", tym większych problemów możemy się spodziewać. I matematyka jest tutaj często najmniejszym problemem. Zazwyczaj podopieczny, jak i rodzice, są już mocno poddenerwowani, zmęczeni, zestresowani. Jedyne co może nas uratować, to spokój. A w praktyce? Ja preferuję takie podejście, w którym nie komentuję zastanej sytuacji. Zazwyczaj przechodzę do działania mówiąc zdawkowe "Damy radę, zobaczymy".  

Źródło: perspektywy.pl
Cześć, jestem...
W tym punkcie wiele zależy od tego, czy jesteśmy w murach szkoły, w prywatnej placówce czy w rodzinnym domu dziecka. W ogólności chodzi jednak o "wprowadzenie", nawiązanie relacji. Przedstawiam się, opowiadam chwilę o sobie i proszę by dziecko także coś o sobie opowiedziało. Wspominam o tym, że zaliczymy niejedną porażkę, ale razem damy radę oraz zachęcam dziecko do tego, aby próbowało nie korzystać z kalkulatora/tabliczki mnożenia podczas pracy. 
Tak przy okazji - doceniajmy znaczenie imienia. Pani Magda brzmi lepiej niż "Pani od matmy". A ja pozwalam zwracać się do mnie po imieniu - choć bywa to kontrowersyjne i naturalnie w murach szkoły raczej nie ma takiej możliwości. 

Nauczanie, a nie sprawdzanie
Długie lata popełniałam wielki błąd. Jako pedagog, który nasłuchał się o sprawdzaniu, badaniu i analizowaniu pierwsze zajęcia rozpoczynałam od... testu. Testu sprawdzającego umiejętności dziecka. Otrzymywałam "na papierze" obraz umiejętności dziecka. W rzeczywistości sprawiałam, że dziecko, które już za matematyką nie przepadało, nie lubiło jej jeszcze bardziej. Po latach zrozumiałam, że są o wiele lepsze sposoby. Po pierwsze ROZMOWA. Z dzieckiem. O tym, co ono samo uważa, że potrafi. A dalej - liczne gry, zabawy, łamigłówki. Naprawdę można sprawdzić umiejętność liczenia w pamięci czy znajomość definicji w inny sposób, niż testem. O tym więcej w kolejnym poście. 

Czym się interesujesz?
Moim zdaniem kluczowa zasada "pierwszych zajęć" - wyjście od tego co dziecku bliskie, życiowe, ciekawe. Nie bez powodu proszę, by opowiedziało coś o sobie. Śledzę również jego zeszyty, gadżety, ubranie - zagaduję, choć czasem denerwuje to niektórych rodziców. Po co? Po to, by na początkowych zajęciach oraz w każdym trudnym dla dziecka momencie móc nawiązać treścią zadań, ćwiczeń czy ilustracji problemu właśnie do jego zainteresowań. W moim odczuciu, to działa. 

A wy jakie macie zasady podczas pierwszych zajęć indywidualnych? Podzielcie się  w komentarzach. A już za parę dni pozostałe, zapowiedziane posty. 
Szczęśliwego Nowego Roku Szkolnego!