Bezcisza na matematyce

"Najprostszy przykład - ktoś coś wie, a ktoś czegoś nie wie. Ktoś rozumie, jak się oblicza jakiś wzór, a ktoś nie rozumie. I w związku z tym może się wywiązać dyskusja czy rozmowa. Nie chodzi jednak o przelewanie treści z jednego umysłu w drugi. Jeżeli mój uczeń czegoś nie wie, to dopóki ja nie zrozumiem, dlaczego on nie pojmuje czegoś co jest dla mnie oczywiste, w ogóle nie będę w stanie mu tego tłumaczyć. Samo podanie jakiejś definicji niczego nie zmienia, bo uczeń dalej mówi "nie rozumiem."

Muszę się do czegoś przyznać. Być może wiele osób zwróci mi uwagę na brak słuszności moich poglądów, jednakże chciałabym o tym napisać.

Nienawidzę ciszy na matematyce. 

Nauczanie szkolne obarczone jest jakimś dziwnym przekonaniem, że lekcje wymagają ciszy, milczącego skupienia, w którym nauczyciel przemawia, a uczniowie słuchają i skrzętnie notują. Coraz częściej słyszę o tym, że rozwiązanie takie wybierają również nauczyciele matematyki. Przyznam szczerze, że nie chcę w to wierzyć. Bo moim zdaniem, matematyka nie znosi ciszy. Oczywiście uważam, że dzieci muszą uczyć się być ze sobą w ciszy, zachować ciszę w przeznaczonych na to momentach, a także uczyć się szacunku do osoby mówiącej. Ale tego szacunku nauczyć można się przez rozmowę, a nie tylko słuchając monologu.

Dlaczego tak bardzo upieram się przy "bezciszy" na matematyce? Ostatnio podczas korepetycji rozmawiając z uczennicą wspomniałam coś o maturach, studiach, egzaminach i usłyszałam pytanie: 
"- Ale z matematyki chyba nie da się robić ustnego egzaminu...?
 - Jak to nie? Przecież np. na studiach ma się egzaminy z matematyki w formie ustnej!
- Przecież na "matmie" pisze się tylko zadania. To co się na nich robi?
- Rozwiązuje i omawia... Przecież w matematyce nie chodzi o to, żeby rozwiązać zadanie, ale żeby je rozumieć i umieć o tym rozwiązaniu opowiedzieć... Przecież dlatego ciągle nalegam, żebyś mi opowiadała co zrobiłaś!
- O kurcze...
"

Matematyka to - moim zdaniem - jeden z najbardziej praktycznych przedmiotów. Uczenie jej w teorii, bez rozważań, błędów i wątpliwości mija się z celem. Pewien zakres reguł jest dany i konieczny do przyswojenia i zrozumienia. Jednakże czy został on zrozumiany nie dowiemy się, jeśli nie będziemy pozwalali uczniom rozmawiać o (na) matematyce. Wprowadzając do uczenia matematyki tę "martwą ciszę" zabieramy szereg możliwości rozwoju. My nie wiemy czego uczyć, bo nie wiemy czego uczniowie nie umieją. Nie wiemy jak uczyć, bo nie znamy rozumowania ucznia. Nie pozwalamy uczyć się uczniom samodzielnego uczenia się i uczenia innych. I ograniczamy coś, co bardzo cenię - możliwość tworzenia przez dzieci w umyśle własnego porządku pozyskiwanej wiedzy. Każdy z nas jakoś "sprząta" sobie w głowie. Jedną z drug tego sprzątania jest próba ponazywania i tłumaczenia. 

Matematyka to aktywność, twórczość energia. Pozwólmy tej sile na "bezciszę". 
Od przedszkola po szkołę wyższą. W szkole i w domu.

Na szczęście większość moich nauczycieli (zarówno w ed. wczesnoszkolnej jak i matematyki) pozwalało na ten drobny "hałas", czy raczej gwar na lekcji. I jestem im wdzięczna. I naprawdę chcę wierzyć, że niemal wszyscy nie boją się "bezciszy".  

Komentarze