Mamo! Tato! Ja muszę odpocząć...

Dziś krótka refleksja. Muszę, bo oszaleję!

Doskonale to znam, przeszywa mnie to za każdym razem tak samo, choć za każdym razem ma inne oblicze...

"- Dzień dobry!
- Dzień dobry! Dobrze, że Pani przyszła...Trzeba szybko, choć najgorzej to nie ma... Ale ja niezbyt umiem pomóc..."

Takie lub podobne powitanie słyszę prawie zawsze, ilekroć przychodzę na korepetycje. Po nim następuje zaprezentowanie "ucznia" - często smutnego, z wypisanym poczuciem winy na twarzy lub zmęczonego i znudzonego wszystkim. Natychmiast mam ochotę powiedzieć tej stojącej przede mną młodej osobie, że życie jest piękne, słońce świeci, a ona może wszystko! Zaczynam jednak od zwykłego powitania, które w mig zostaje przerwane przez lądujące na biurku: sprawdziany, kartkówki, zeszyty, podręczniki, ćwiczeniówki, karty pracy, repetytoria, zeszyty do korespondencji z rodzicami, kalkulatory, linijki, ekierki, cyrkle... Brak jedynie, jak to się mawia, "dziada z babą". Gdy mówię, że jest to zbędne, że wystarczą w ostateczności sprawdziany lub podręcznik, ale i tak najpierw sama sprawdzę z czym mamy problem, że znam program, wywołuję spore zdziwienie. 

Zaczynamy. 

Na dobry początek mówię: "Dobrze!". I wtedy to się dzieje. Spotykam się z dziecięcym spojrzeniem, które przeszywa mnie na wskroś, jest uderzeniem w policzek i powoduje, że wstydzę się za to, że jestem nauczycielem, za to, że jestem dorosła. Ta chwila woła, krzyczy: "Chciałbym, żeby było dobrze, chciałbym móc odpocząć!". Szczerze mówię "Poradzimy sobie!" i nie czuję się dobrze. Czarę goryczy przelewa zazwyczaj rodzic stający w drzwiach ze szklanką napoju dla mnie. Pada jego pytanie: "A mogłaby Pani trochę dłużej? Na przykład 3 godziny? A może nawet 4?". W mojej głowie następuje swego rodzaju chaos, szybko analizuję dane... Mamy dzień wolny, pierwsze letnie upały, jest godzina 17, a za oknem inne dzieci bawią się w najlepsze. Dwa głębokie wdechy, aby uspokoić wewnętrzny bunt i odpowiadam: "Niestety, nie ma takiej możliwości. Ale spokojnie, myślę, że wystarczy nam 1,5 godziny, a potem niech ODPOCZNIE."

Przypomnę sobie i wszystkim dorosłym: dziecko to człowiek. I tak jak ja czy ty, Drogi Czytelniku, jesteśmy zmęczeni gdy wypełnimy swoje obowiązki, tak i dziecko ma potrzebę odpoczynku. I święte ku temu prawo. Jestem korepetytorem od lat i wszystko rozumiem. Że trzeba szybko nadrobić zaległości, że przymus i presja są jakąś skrajną formą "motywacji" zewnętrznej, że skoro "nic nie robił cały rok" to teraz musi "przecierpieć".Pamiętajmy jednak, że bycie przemęczonym, wystraszonym, zniechęconym nie sprzyja nauce. Czas odpoczynku to nie nagroda. Czas odpoczynku to święte prawo dziecka i konieczność by nauka była efektywna, a nie stała się jedynie "potrójnym Z". 

Nie zrozumcie mnie źle. Wiadomo, że trzeba poradzić sobie z problemami. Ale nic ponad siły. Nigdy. 

Wolę mniej zarobić, więcej szczęścia niż pieniądze dają mi wypieki na twarzy ucznia, który wie, że jest czas pracy, ale po nim przychodzi czas odpoczynku.

"-Skoro Pani tak mówi, to dam mu już dziś spokój... Młody, możesz iść na dwór!
- Potem mamo... Ja muszę odpocząć..."

I dlaczego nikt nie wierzy, kiedy mówię, że dziecko już rozumie?




Komentarze